„Siostrunie” Dana Goggina to już właściwie komediowy klasyk. Od polskiej prapremiery w 1995 roku (Teatr Rozrywki w Chorzowie) minie za chwilę trzydzieści lat, a tekst cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem twórców. Nic w tym dziwnego, bowiem jest to sztuka niezwykle wdzięczna. Kiedy wypełnić ją ciekawymi, aktorskimi (ale również wokalnymi) charakterami, magia dzieje się sama i tak jest w przypadku realizacji Teatru Kwadrat.
Twórcy zabierają nas do
szkolnej hali, w której odbyć się ma się show, jak mówi o nim sama Siostra Przełożona
(Hanna Śleszyńska). Zakon Małych Sióstr z Hoboken przeżył istną tragedię. W
skutek kulinarnych eksperymentów siostry Julii (dziecięcia bożego), serwującej pewnego dnia zupę przyrządzoną na
grzybach własnego zbioru, umierają 52 zakonnice. Zabójczego czynu kucharki nikt
nie osądza, w końcu pomogła swoim siostrom szybciej
trafić do Bozi, problem polega jednak na tym, że cudem pozostałe przy życiu
zakonnice nie mają za co wyprawić pogrzebu. Show ma im pomóc uzbierać pieniądze
na to przedsięwzięcie. Ot i pretekst do spotkania – dobry, jak każdy inny.
Sztuka, jako taka,
pozbawiona jest bardziej skomplikowanej fabuły. Przedstawienia przybiera raczej
formę swoistego wodewilu, przepełnionego muzyką (graną na żywo), tańcem (Ba! Stepowaniem!),
a nawet komediowymi etiudami, jak chociażby z końcówki pierwszego aktu, gdy
Matka Przełożona nieopatrznie zażywa dopalaczy. Rozbudowana sekwencja
aktorskich działań Hanny Śleszyńskiej przy okazji tej sceny była znakomitą okazją
do ukazania jej komediowego kunsztu.
W „Siostruniach”
tradycyjnie niezwykle ważną rolę odgrywają muzyka i śpiew. O pierwszej
wspomniałem już, że była grana na żywo, co stanowi ogromny plus. Na pochwałę
zasługuje również ciekawe umiejscowienie bandu oraz wyposażenie go w stosowne
kostiumy. Jeśli zaś chodzi o śpiew, to aktorki Teatru Kwadrat świetnie sobie w
tym względzie radzą – zarówno solo, jak i w wielogłosach, malując naprawdę
intrygujące, muzyczne obrazy. Szczególnie zaskoczyła mnie Olga Kalicka, która
porwała publiczność zarazem w swoim solo
act’ie opowiadającym o niewdzięcznej roli dublerki, jak i w muzycznej
sekwencji na początku drugiego aktu.
Pisząc o wokalnych
osiągnięciach aktorek występujących w „Siostruniach” nie bez kozery pominąłem
jedynego mężczyznę w obsadzie. Modest Ruciński to zupełnie inna para kaloszy.
Jego postać siostry Amnezji bawi każdym nieporadnym gestem, a jednocześnie
wzrusza swoją dramatyczną historią. Jego powołaniowy dialog muzyczny to, jak się
domyślam, rzecz zupełnie nie łatwa do zagrania i zaśpiewania, ale Ruciński
podołał temu wyzwaniu. Jedynym moim zarzutem nie tyle do samego aktora, co
reżysera lub choreografki jest zlekceważenie postaci Rucińskiego w samej
końcówce. Miałem wrażenie, że po przemianie, jaką przechodzi siostra Amnezja,
aktor nie do końca wie, co ma ze sobą zrobić, nie uczestniczy w pełni w
choreografiach pozostałej części zespołu, drepcze z miejsca na miejsce – słowem
– brakuje tu pomysłu na postać w końcówce.
Kończąc już zupełnie
temat muzyki w tym spektaklu należy wspomnieć o naprawdę dobrych przekładach
piosenek autorstwa Andrzeja Ozgi. Scenografia Wojciecha Stefaniaka jest w
większości pretekstowa i niewykorzystana, ale ładna w obrazku, co w tego typu
realizacji zupełnie mi wystarcza. Na oklaski zasłużyła niewątpliwie
choreografka Barbara Olech, która za sprawą stosunkowo prostych środków
osiągnęła zamierzony efekt. Z kolei sekwencje stepu autorstwa Jiriny
Nowakowskiej są naprawdę imponujące (podziwiam aktorów za tę umiejętność). Wreszcie
należy wspomnieć o reżyserze Mariuszu Kiljanie, czyli o człowieku w zakresie
musicalu i komedii niezwykle kompetentnym. „Siostrunie” to spektakl
niewystrzegający się drobnych błędów, ale w ostatecznym rozrachunku naprawdę
sprawnie poprowadzony. Przedstawienie bawi, relaksuje i nie ma w nim nużących
dłużyzn, co w przypadku tego typu sztuki jest chyba najważniejsze.
Obsada: Hanna Śleszyńska, Olga Kalicka, Aleksandra Radwan, Modest Ruciński, Monika Bubniak, Sandra Babij, Elżbieta Kozak. Fot. źródło Teatr Kwadrat.
Komentarze
Prześlij komentarz